2013 - Świadectwo byłego narkomana

„Wybryk natury” - tak nazwał siebie pan Wiesiek pochodzący z Jasła, obecnie mieszkający w Medjugorje. Swoje świadectwo wypowiedział w Parafii pod Wezwaniem Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa w Bolesławcu.

Były narkoman, który 13 lat temu urodził się na nowo... po 20-letniej wegetacji bez Pana Boga. W godzinnej rozmowie przedstawił swoją walkę o wolność i szczęście, które niegdyś były przez niego fałszywie pojmowane.

Pan Wiesiek wychował się w katolickiej rodzinie - przez 8 lat służył jako ministrant. W wieku 15 lat zaczął się jego bunt okresu dojrzewania, poczuł chęć wolności - bez odpowiedzialności... nie negował istnienia Boga, ale poszedł swoją drogą, bo nie uzyskał odpowiedzi na pytanie: „Po co żyję?”. Zaczęło się od imprez zakrapianych alkoholem, po maturze pierwszy raz zetknął się z narkotykami, przez kilka dni uczył się u pewnego narkomana, jak zrobić tzw. kompot... Ta polska heroina to wg. niego najgorszy wynalazek szatana, bo obiecuje on tylko odlot do nieba - człowiek czuje się jak w raju tylko przez kilka godzin, narkotyki nie rozwiązują problemów, ale spychają je na bok, kiedy powraca rzeczywistość, trzeba wziąć kolejną działkę, by znów zapomnieć... Narkotyki zabrały mu... zdrowie (m.in. chora wątroba), rodzinę, przyjaciół („narkomani nie mają przyjaciół”), sumienie, ludzką godność. "Wiesiek" zrobiłby niegdyś wszystko, by uzyskać działkę heroiny.

W 1985 r. wyprowadził się z Jasła, znienawidzony przez wiele osób, szczególnie przez rodziny dzieci, które wciągnął w nałóg. W swojej miejscowości zapoczątkował bowiem branie narkotyków. W Kołobrzegu zamieszkał ze swoją matką i ojczymem (wcześniej wychowywany przez dziadków) i zaczęło się dalsze staczanie... Czuł się jak zwykły bandzior, popadł w konflikt z prawem, nienawidził siebie z całego serca, nie mógł nawet spojrzeć w lustro. W 1999 r. w jego życiu pojawiła się nadzieja, Bóg upomniał się o swoją owieczkę. Kiedy to naćpany wracał do domu i przechodził obok księdza, podszedł do niego - nie potrafi podać konkretnego powodu dlaczego to zrobił, uważał siebie za ateistę. Ksiądz Wacław zaczął opowiadać o wspólnocie Cenakolo, w której uzależnieni wychodzą ze swoich nałogów, choć chorym jest się całe życie. "Wiesiek" nie wierzył w ani jedno słowo proboszcza tutejszej parafii, jednak duchowny nawiązał kontakt z matką narkomana i poinstruował, co robić by ratować syna. Matka postawiła dziecku ultimatum: leczenie albo za drzwi. I tak znalazł się w Medjugorje, ale bez wiary w swoje wyleczenie. Traktował to jako przygodę, a Matka nierozsądnie dała mu sporą sumę pieniędzy na wyjazd... Uzależniony oczywiście wiedział, na co je przeznaczy - zostało mu niewiele, do Cenakolo jechał za darmo. W ośrodku był dach nad głową był, wyżywienie, praca... ale się nie modlił. W głębi serca nawet nie chciał być wyleczony - lekarstwem były łopata i różaniec. Po 6–ciu dniach pan Wiesiek był przekonany, że przebywa w jakiejś dziwnej sekcie - uciekł! Znów znalazł się na ulicy, mimo obecności wielu Polaków nie mógł liczyć na pomoc - wszyscy się go bali, nie chcieli rozmawiać... Wtedy rozpoczęła się męka: psychiczna i fizyczna, tzw. zespól abstynencyjny. Brak używki spowodował potworne bóle głowy i całego ciała, torsje, uczucie chłodu, łzawienie z oczu oraz depresję. Narkoman chciał skończyć ze sobą... poznał wówczas pewnego Polaka, który obiecał mu powrót za kilka dni. Przez ten czas musiał jakoś wytrwać... Pod Kościołem poznał Franciszkanina i znalazł schronienie u Slavko Barbarica, który pomagał wszystkim zagubionym ludziom, bezdomnym i opuszczonym. Ojciec duchowny pozwolił mu zamieszkać i pracować z innymi swoimi podopiecznymi (do czasu umówionego powrotu). Nie był w stanie pracować, palił tylko papierosy - w przytułku był zwyczaj chodzenia do Kościoła, więc "Wiesiek" też tam trafił... Na mszy świętej wynudził się bardzo, aż do wystawienia Najświętszego Sakramentu, gdy nagle coś drgnęło w jego sercu. Uzależniony poczuł, że to ostatnia iskierka nadziei która jeszcze się tliła - zaczyna gasnąć! Nastąpiły koszmarne chwile w jego życiu: ciemność w duszy, bezgraniczna rozpacz, paniczny strach, fizyczne duszności, nie mógł tego wytrzymać... Przyparty do muru szeptem zwrócił się do Boga: „Jeżeli jesteś, zmień moje życie lub mnie stąd zabierz”. W jednej chwili zniknął ból ciała i cierpienie psychiczne. W ich miejsce pojawił się błogi spokój, jakiego żaden narkotyk nie był w stanie mu dać. Powrót do ośrodka był jedną wielką modlitwą, rozmową z Panem Bogiem, Maryją, błaganiem o pomoc, o powrót do normalnego życia. Wydawało się to nierealne, ale wiedział już, że nie chce brać więcej narkotyków, nie chce wrócić do domu, ale zostać tu - został. Zaczął zazdrościć innym, że mogą przyjmować Komunię Świętą, dla niego Coś nieosiągalnego - bo kto by wybaczy mu jego przewinienia? kto w ogóle zechce go wysłuchać? "Wiesiek" wyznał wszystkim słuchaczom, że zamordował wiele osób, jest mordercą, bo zabił każdego, komu dał do ręki strzykawkę z trucizną... Nie wierzył w przebaczenie. Znalazł się jednak ktoś, kto cierpliwie wysłuchał historii jego poranionego życia i w imię Boga wybaczył mu. Jego historia nauczyła go samego, że narkomania to choroba braku miłości. Nigdy nie czuł się kochany przez matkę, ale spotkał Miłość szaloną - Miłość Boga, bezwarunkową, ukrzyżowaną, której nie potrafi zrozumieć. Myślał, że jej nie ma, jego wszyscy koledzy zmarli z powodu narkotyków, on jeden jako „wybryk natury” przetrwał. Ta Miłość podążała jednak za nim, wyciągnęła go z piekła, a on Jej uległ i dał się Jej ogarnąć.

Magdalena Musiała zdjęcia: Iwona Perłowska

Kategorie wpisów: